
Tytuł: Lessons to Be Learned
Wykonawca: Gabriella Cilmi
Gatunek: pop, soul, blues, funk
Single: Sweet About Me, Save the Lies, Don’t Wanna Go to Bed Now W 2008 roku kiedy na topie była Lady GaGa a inna muzyka niż pop czy dance się nie przebijała, pojawiła się… Duffy. Może nie zrewolucjonizowała muzyki, ale jej jednak mogę słuchać zawsze. Oprócz niej ‚z podziemia’ wyszło paru innych niekomercyjnych artystów. W tym Gabriella Cilmi. Nie mogę uwierzyć, że 16-letnia (wówczas) dziewczyna nagrała taką płytę. A podobno zaczęła pisać te piosenki już w wieku trzynastu lat. Więc jeśli myślicie, że każda nastolatka to tylko pop i dance, sięgnijcie po „Lessons to Be Learned”. Przejedziecie się na swoim rozumowaniu. Tak więc za sięgnięcie po pop (wyższych lotów, nie martwcie się), soul, blues i funk ma w u mnie plusa. Gorzej jak spojrzymy na same utwory. Gabriella może i jest miłą Australijką, ale jej utwory zostawiają trochę do życzenia. Jej maniera i sposób śpiewania niemiłosiernie mnie irytują. Może nie uwierzycie, ale jej głos w „Save the Lies” skojarzył mi się z wokalem… Amy Winehouse (*). Zmarła wokalistka śpiewała jednak ‚nieco’ lepiej. I jeśli mam być szczery, to muszę przyznać, że nie ciepię tej piosenki. Masakra. Miała być chyba pozytywny, ale ze mnie ona wysysa życie. „Sweet About Me” jest wcale nie lepsze. Kiedyś podobał mi się ten numer. Teraz uważam, że jest nieco nudny i nijaki. Po kiepskim początku traktuję utwór „Sanctuary” jak zbawienie. Jest to bardzo przyjemny numer. Ma miłą dla ucha muzykę. Jest wręcz relaksująca. Podoba mi się też to, że nie ma wyraźnego podziału na zwrotki i refren. Przy tym drugim tylko trochę się ożywia. Tak samo jak „Sanctuary” (a może i bardziej) spodobało mi się tylko kilka piosenek. Trzy, dla ścisłości. Są nimi „Cigarettes & Lies”, „Sit in the Blues” i „Awkward Game”. Na „Cigarettes & Lies” z początku nawet nie zwracałem uwagi. Mój błąd. Tu Gabriella brzmi nieco inaczej niż w innych numerach. Bardziej figlarnie, może nawet nieco niegrzecznie. W granicach rozsądku, rzecz jasna
Ocena:


+Najlepsze: Awkward Game, Cigarettes & Lies, Sit in the Blues, Sanctuary
Najgorsze: Safer, Einstein, Don’t Wanna Go to Bed Now, Save the Lies, Terrifying

Tytuł: Here I Am
Wykonawca: Kelly Rowland
Gatunek: pop, dance, r&b
Single: Commander, Rose Colored Glasses, Forever and a Day, Motivation, Lay It on Me, Down for Whatever
Kelly Rowland po raz kolejny wystawiła cierpliwość swoich fanów na próbę. Poprzednia płyta o tytule „Ms. Kelly” ukazała się w 2007 roku. Jej trzeci studyjny krążek miał się ukazać na początku 2010 roku. Data jego wydania była jednak z 500 razy przekładana. Wreszcie się ukazał. Już od pierwszej piosenki słyszymy, że wokalistka się zmieniła. Z ckliwych, nieco nudnych ballad takich jak „Better without You” czy „Still in Love with My Ex” przeszła do bardziej tanecznych dźwięków. W końcu musi się sprzedać, no nie? W zeszłe wakacje otrzymaliśmy od niej kilka singli, jeden po drugim: „Commander”, „Rose Colored Glasses”, „Grown Woman” i „Forever and a Day”. A kiedy czas na oddech? Później stwierdziła: ‚nie, nie, nie’ i cała płyta wylądowała w koszu, wydano singiel „Motivation” i promocja płyty na nowo się zaczęła. Single nie mogły się jednak zmarnować. Ostatecznie umieszczono je na płycie. Kelly się chyba jednak w tym wszystkim pogubiła. Po prostu nie pasują jej takie numery. Za mało tu r&b, a za dużo dance-popu. Same piosenki niestety łatwo wchodzą do głowy. O niektórych mam naprawdę dużo do powiedzenia. Zaczyna się od „I’m Dat Chick”. Wokalistka przyzwyczaiła nas do tego, że zawsze brzmiała w utworach perfekcyjnie. Tutaj brzmi gorzej. Po wielu przesłuchaniach przekonałem się jednak do tej piosenki. Jest jedną z najlepszych z tego albumu. Dalej mamy „Work It Man”. Jak dla mnie jest to zwykły zapychacz. Nie wnosi nic ciekawego, nowego do tej płyty. Poza tym szybko się nudzi, brak temu polotu. Ten nie najlepszy początek wynagradza mi singiel „Motivation”. Nie jest to może jakiś super ekstra numer, ale całkiem nieźle się tego słucha. Fajna muzyka zawierająca wpływy r&b i electrohopu, zmysłowy wokal Kelly, no i rapowana partia Lil Wayne’a, który idealnie do tego numeru pasuje. Oprócz „Motivation” jednak niewiele mnie tu zachwyciło. Przyjemnie zaczynało się „Heaven & Earth”. Jest to ballada. Muszę przyznać, że ma w sobie więcej uroku niż utwory z płyty „Ms. Kelly”. Wszystko psuje jednak końcówka. Kelly okropnie tam śpiewa. Szczególnie to Cuz’ I know I deserve Heaven and earth (PL: Bo wiem, że zasłużyłam Na niebo i ziemię). Dałbym szansę jeszcze dwóm innych piosenkom: „What a Feeling” i „Down for Whatever”. Kelly miała już wiele lipnych, dance’owych featuringów, ale „What a Feeling” jest zdecydowanie tym najlepszym. Nie jest to jakaś ambitna piosenka, ale całkiem mi się spodobała. Ma fajne, elektryczne zwrotki. Co prawda skoczny refren mniej mi się podoba, ale da się ten numer przeżyć. „Down for Whatever” to z kolei bardzo tandetny, klubowy numer. Normalnie zjechałbym go z góry na dół. Ma denerwujące, taneczno-elektroniczne bity, ale… podoba mi się. Dlaczego? Ponieważ tylko ten kawałek spełnia ‚warunek’, który miał spełniać każdy numer na „Here I Am”. Tylko przy tym mam ochotę wstać, trochę poszaleć, potańczyć. Zarażający rytm. Pozostałe numery to niestety masakra dla uszu. Wiem, że Kelly umie śpiewać i ma talent, ale ledwo radzi sobie z wykonaniem takiej błahej pioseneczki jak „Lay It on Me”. Nie znoszę jej refrenu. W nim brzmi najgorzej. Jakoś ratuje to pojawiający się raper. „Feelin’ Me Right Now” nawet się nie zauważa. Podoba mi się pianino w tym numerze, ale zagłusza je taneczny bit. „Turn It Up” to zwykła rąbanka. Więcej – to klasyczny przykład rąbanki. Utwór trwa 3 minuty i 36 sekund. Ledwo wytrzymuję jedną. Następne dwa numery – „All of the Night” i „Keep It Between Us” – to spokojne numery. Mają w sobie coś z popu i r&b. Szczerze wolę ten pierwszy kawałek. Pojawia się w nim Rico Love. Odpowiedzialny jest m.in. za produkcję „I Am… Sasha Fierce” Beyonce i „Unexpected” Michelle Williams. A więc współpracował z koleżankami Kelly z Destiny’s Child. „All of the Night” da się przeżyć. Szybko mi się jednak znudziło. Wokalistka wypadła drętwo i mdło. A „Keep It Between Us” to już kompletna nuda. Jeśli chodzi o piosenki zamieszczone tylko na europejskiej wersji płyty. „Each Other” to takie nie wiadomo co. Z jednej strony spokojny wokal, z drugiej elektryczna melodia. To zupełnie do siebie nie pasuje. Remix „Motivation” został dodany na siłę. Swoją jakością pasuje do płyty, ale lepiej, żeby go tu nie było. Na koniec zostawiłem sobie trzy numery wyprodukowane przez francuskiego DJ-a – ‚cudotwórcę’ Davida Guettę. „When Love Takes Over” na jego płycie „One Love” jest perełką. Mimo tego nie podoba mi się. Dwa inne utwory – „Commander” i „Forever and a Day” – są wręcz masakryczne. Pierwszy był jakimś tam hitem w wakacje. Bez komentarza. „Forever and a Day” przeszło bez echa. Numer jakich tysiące. Mnie Kelly tą płytą zawiodła. Mimo kiepskich singli myślałem, że może jeszcze coś z tego będzie. Niestety.
Ocena:
+Najlepsze: Motivation, I’m Dat Chick
Najgorsze: Cała reszta

Tytuł: The Beginning
Wykonawca: Black Eyed Peas
Gatunek: dance-pop, techno, electro
Single: The Time (Dirty Bit), Just Can’t Get Enough, Don’t Stop the Party, XOXOXO
Z pewnością znacie zespół Black Eyed Peas. Z początku band składał się z will.i.ama., apl.de.ap. i Taboo. Grali hip hopową muzykę. Później do zespołu dołączyła Fergie, która wprowadziła do muzyki nieco r&b. Po wydaniu w 2005 roku płyty „Monkey Business” BEP zniknęli, Fergie wydała solową płytę. Co działo się dalej – wszyscy już wiemy. Wydali takie g*wna jak „Meet Me Halfway” czy „Rock that Body”, później cała płyta „The E.N.D.” i rok później „The Beginning”.
Może zacznę od samej nazwy tej płyty. ‚Początek’. Początek czego? Rok wcześniej był ‚Koniec’. Czy może raczej „The Energy Never Dies” (Energia nigdy nie umiera). Mogłaby umrzeć. Lepiej gdyby zespół zakończył swoją działalność i zapisał się w historii muzyki jak dobra kapela. Niestety tak nie jest.
Pierwszym singlem stała się piosenka „The Time (Dirty Bit)”. Miałem ochotę zabić ich za ten kawałek. Zaczyna się super. Will.i.am. i Fergie śpiewają fragment „(I’ve Had) The Time of My Life” z filmu „Dirty Dancing”. Fergie super wyszła. Ale co jest dalej? Masakra. Klasyczna rąbanka, urwana melodia, okropny fragment Cuz I’m ! Havin’! A good! Time! With you! I’m tellin’ you (PL: Bo ja! Mam! Dobrą! Zabawę! Z tobą! Mówię ci). Zabijcie mnie za to co zaraz napiszę, ale po przesłuchaniu całego „The Beginning” jeszcze raz stwierdzam, że „The Time (Dirty Bit)” to… całkiem niezły numer.
Z pozostałych piosenek zamieszczonych na tym krążku toleruję jeszcze „Just Can’t Get Enough”. Wróć. Tylko partie Fergie. Bardzo ładnie zaśpiewała. Pianino też jest ok. Ale reszta (zwrotki, końcówka) są słabe. W „Whenever” też podobają mi się śpiewane przez Fergie części. Nawiązują nieco do ballady. Ale jak dochodzi taneczny bit, nie jest już tak różowo. Bo ogólnie tylko w tych dwóch piosenkach słychać Fergie. W pozostałych numerach okropnie przerobili jej głos. Zresztą nie tylko jej. Pozostałych członków zespołu też nie słychać. Utwór „Love You Long Time” został wytworzony chyba tylko przez komputer. Poprzerabiana do granic możliwości muzyka, straszne wokale.
Nie ma sensu opisywać każdej piosenki z osobna. Wszystkie lecą w jeden bit. Są też nudne i bez polotu. Nie ma ŻADNEGO ‚żywego’ instrumentu. W „Light Up the Night” pojawia się bit przypominający perkusję. Z początku całkiem mi się podobał, po minucie czy dwóch zaczął mnie nudzić a teraz to już mnie strasznie irytuje. Nie cierpię utworu „Don’t Stop the Party”. Ta techno muzyka jest wręcz okropna. Piosenka trwa 6 minut. Ledwo wytrwałem jedną. Masakra. „Do It Like This” jest jeszcze gorsze. Przez cały czas przewija się przez kawałek jeden, techno bit. Bardzo irytujący. W „Fashion Beats” podoba mi się jedynie krótka melodyjka na początku wzięta z jakiejś innej piosenki. Dalej jest ‚normalnie’…
Moje zdanie o tej płycie jeszcze bardziej się pogorszyło po przeczytaniu tłumaczeń tekstów. To jest totalna porażka. Głównym motywem jest impreza. Nie wiem czy płakać czy się śmiać. Chociaż po przeczytaniu tekstów This is the original, This has no identical, You can’t hack my digital, Future Aboriginal, Get up off my genitals (PL: To jest oryginalne, To nie jest identyczne, Nie możesz zhakować mojego cyfrowego, Przyszły Aborygen, Puść moje genitalia) czy Grab a glass and get wet ask for some I gave moet I said I don’t want trouble but she said she won’t get busy cause she busy so we sell this jet (PL: Bierz kielicha i zmocz mordę poproś o trochę, dałem moet Mówiłem, że nie chcę kłopotów, a ona że nie nie mogła być zajęta, bo jest zajęta, więc sprzedajmy te ozdóbki) powstrzymać śmiechu nie mogłem…
Will.i.am powiedział, że płyta symbolizuje rozwój, nowy początek i zupełnie nową perspektywę. OMG. Jest mi szkoda tylko Fergie. Dziewczyna podobno kończy karierę. Nie dziwię jej się. Też byłbym załamany po usłyszeniu swojego wokalu w „Love You Long Time” czy „Do It Like This”. Nowy singiel will.i.ama. – „T.H.E. (The Hardest Ever)” – jest podobny (a może i gorszy) niż „The Beginning”. Koszmar. To on jest producentem wszystkich numerów. Sam jest więc sobie winny.
Są osoby, które kochają ten album. Ok, nie chcę krytykować niczyich gust, ale wyśmieje Was, jeśli powiecie, że podoba Wam się ta muzyka. Moja ocena wyższa być nie mogła…
Ocena:

Najlepsze: ha, ha, ha
Najgorsze: Wszystkie
A zwłaszcza: Don’t Stop the Party, Do It Like This…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz