
Tytuł: MDNA
Wykonawca: Madonna
Gatunek: dance pop, electro pop
Single: Give Me All Your Luvin’, Girl Gone Wild
Madonna. Przedstawiać jej chyba nikomu nie trzeba. Królowa, ikona muzyki pop. Zainteresowanych odsyłam do „Like a Virgin” czy „Like a Prayer”. Z czasem jednak szufladkowanie jej muzyki w pop, dance przestało odpowiadać samej wokalistce. Zresztą się nie dziwię. Zaczęła więc ‚kombinować’. Efektem tych eksperymentów jest np. „Erotica” czy „American Life”. O samym „MDNA” nie można powiedzieć jako o czymś nowym. Z powodzeniem można porównać ten album do wydanego siedem lat wcześniej „Confessions on a Dance Floor”. Z tą różnicą, że w 2005 roku muzyka elektroniczna i disco nie były tak powszechne jak teraz.
Zwolenników Madonna ma co niemiara. Gotowi na wszystko
Przyzwyczaili się więc do tego, że wokalistka nie musi niczego
udowadniać. Osiągnęła naprawdę dużo. Nikt temu nie zaprzeczy. Tak więc
jeśli ktoś chce od niej nowego „Ray of Light”, ona zaserwuje „True
Blue”. Albo odwrotnie. Szkoda trochę, że zamiast wyznaczać trendy w
muzyce, artystka zaczęła za nimi podążać. To na szczęście jedyny minus.
„MDNA” to przede wszystkim krążek o klasę lepszy niż mocno przeciętne
„Hard Candy”. Po nim nadeszły wszystkie te Lady GaGi, Rihanny itp. Tu
Madonnie należą się brawa. Mogła się przestraszyć i nagrać na szybko
kiepski materiał. Ona jednak wiedziała, że suknie z mięsa i farbowanie
się co miesiąc, max. dwa w końcu się ludziom znudzi. I teraz królowa
może wyruszyć na podbój świata.
Przy produkcji „MDNA” wokalistka podjęła się współpracy zarówno z zupełnie nowymi artystami (Benny Benassi, Martin Solveig), jak i z tym poczciwym Williamem Orbitem. Z biologii wiem, że takie coś nazywa się symbioza. On już chyba zawsze będzie kojarzony ze stworzenia rewelacyjnego „Ray of Light” dla Madonny właśnie. Artystka w zamian otrzymuje od niego świetne piosenki. No i nie można tu zapomnieć o M.I.I. oraz Nicki Minaj. Sama Madonna przyznała, że bardzo je lubi: Jestem fanką ich osiągnięć muzycznych, ponadto podziwiam ich niezależność, dusze, bezczelność, unikatowość, oryginalne wokale i to, że nie są konwencjonalnymi gwiazdami pop. Naprawdę je uwielbiam. Z Nicki Minaj nagrała utwór „I Don’t Give A”, a z M.I.Ą. „B-Day Song” (deluxe). Wszystkie trzy dziewczyny zebrały się też do jednej kupy i wydały singlowy numer „Give Me All Your Luvin’”. I to mi się podoba. Nie mówię tu nawet o samych piosenkach (które też są niezłe), ale o tym, że artystka nie boi się nowych ludzi grzebiących w jej muzyce. Dzięki temu na pewno nie pomylimy tej płyty z żadną inną od niej.
Wybaczcie, ale chciałbym chociażby jednym słówkiem skomentować każdy numer. Zaczyna się od „Girl Gone Wild”. Przy odpowiedniej promocji utwór z łatwością mógłby stać się imprezowym hitem. Poza tym jest powrotem do wspomnianego już wcześniej „Confessions on a Dance Floor”. Mówiony początek kojarzy mi się z tym do „Sorry”, a cała piosenka to nieco bardziej nowoczesna wersja „Get Together”. Mimo tego (a może dzięki temu?) bardzo mi się podoba i należy do najlepszych na krążku. Jeszcze lepsze jest „Gang Bang”. Na ocenzurowanej wersji płyty nie znajdziemy tego kawałka. Dobrze, że ja mam inne wydanie. Nie wyobrażam już sobie „MDNA” bez tej piosenki. Może i ten bit zalatuje trochę techno. Whatever. Ważne, że utwór wciąga i, hmm, hipnotyzuje. Uwielbiam szczególnie końcówkę (mocny wokal Madonny). Od razu spodobało mi się również „I’m Addicted”. Artystka nie ma innej, równie elektrycznej piosenki. Czy w ogóle coś trzeba jeszcze o nim pisać? Nie bardzo. Jednym się spodoba, inni będą tym rzygać. Nie brakuje tu też pozytywnych, radosnych piosenek (np. „Superstar”, „Turn Up the Radio”). I to mi się bardzo podoba. Ma kobieta z 53 lata, a energii więcej niż dwudziestki. W „Turn Up the Radio” po prostu się bawi. Tak jakby sama piosenka się nie liczyła. Jedynie sam proces jej tworzenia. I dzięki temu sama wychodzi dobra. „Superstar” to natomiast dość słodki numer. Niektórzy piszą, że najsłodszy od czasów „Cherish”. Trudno się nie zgodzić. Podobno w chórkach śpiewa jej córka. Really? Nie zauważyłem. „Give Me All Your Luvin’” (podobnie jak „I’m Addicted”) może się podobać lub nie. Na początku wręcz uwielbiałem ten numer. Teraz podoba mi się nieco mniej. Na pewno jednak zyskuje dzięki Nicki Minaj i M.I.I. Raperki wprowadziły do niej nieco świeżości. Bardzo mi się ich partie podobają. Nicki pojawiła się także w „I Don’t Give A”. Madonna powinna postawić na jej cześć ołtarzyk. Gdyby nie ona piosenka należałaby pewnie do najsłabszych. A tak jest tradycyjnie – podoba mi się. „I’m a Sinner” i „Some Girls” to po prostu fajne numery. Nie ma co się rozpisywać. Natomiast „Love Spent” od początku mnie ciekawiło. Zaczyna się chyba od melodyjki na banjo. Dalej robi się bardziej taneczne. Niezły kontrast. A jednak wszystko do siebie pasuje.
Warto jednak wspomnieć, że „MDNA” to nie tylko taneczne, klubowe kawałki. W takich, owszem, Madonna czuje się swobodnie, a my możemy potańczyć, ale znacznie lepiej wychodzą jej ballady. Zwykle zamieszczała na krążkach jedną, dwie. Tak jest i tutaj. „Masterpiece” to utwór nagrany do filmu „W.E.” (wyreżyserowanego przez samą artystkę). Została za niego nagrodzona Złotym Globem. Zasłużonym? Jak najbardziej. Mógłbym pisać i pisać jakie to „Masterpiece” jest wspaniałe i w ogóle. Po co? Kawałek najlepiej opisuje sam jego tytuł (PL: arcydzieło). Przed sięgnięciem po cały album bałem się, że nie znajdę tu piosenki, która byłaby choć w połowie tak dobra jak ta. A jednak! Druga ballada – „Falling Free” – to jeszcze większy ‚masterpiece’. Tak spokojnej, prostej, pięknej, stonowanej, prawdziwej, szczerej piosenki Madonna dawno nie wydała. Nie wiem czy w ogóle taka była. Może i wokalistka nie ma świetnego głosu, ale tu wypadła genialnie. Nawet nie zauważa się, kiedy te pięć minut ulatuje. Ale zawsze można odtworzyć znowu. I jeszcze raz, i tak w kółko…
Album zbiera skrajnie różne recenzje. Niektórzy już przy poprzedniej płycie pogrzebali artystkę, a „MDNA” jest dla nich tylko potwierdzeniem swojej decyzji. Innym ten album bardzo się podoba. Ja zaliczam się do tej grupy. Nie ma co – czego by się wokalistka nie dotknęła, zamienia się w złoto
Mam nadzieję, że płyta zmiecie z powierzchni ziemi wokalistki, które
tylko czyhają na tron popu. Zdaje mi się jednak, że jeszcze sobie trochę
poczekają, bo Madonna bez walki poddać się nie zamierza.
Ocena:



+
Najlepsze: Girl Gone Wild, Gang Bang, Masterpiece, Falling Free
Najgorsze: –Wykonawca: Madonna
Gatunek: dance pop, electro pop
Single: Give Me All Your Luvin’, Girl Gone Wild
Madonna. Przedstawiać jej chyba nikomu nie trzeba. Królowa, ikona muzyki pop. Zainteresowanych odsyłam do „Like a Virgin” czy „Like a Prayer”. Z czasem jednak szufladkowanie jej muzyki w pop, dance przestało odpowiadać samej wokalistce. Zresztą się nie dziwię. Zaczęła więc ‚kombinować’. Efektem tych eksperymentów jest np. „Erotica” czy „American Life”. O samym „MDNA” nie można powiedzieć jako o czymś nowym. Z powodzeniem można porównać ten album do wydanego siedem lat wcześniej „Confessions on a Dance Floor”. Z tą różnicą, że w 2005 roku muzyka elektroniczna i disco nie były tak powszechne jak teraz.
Zwolenników Madonna ma co niemiara. Gotowi na wszystko
Przy produkcji „MDNA” wokalistka podjęła się współpracy zarówno z zupełnie nowymi artystami (Benny Benassi, Martin Solveig), jak i z tym poczciwym Williamem Orbitem. Z biologii wiem, że takie coś nazywa się symbioza. On już chyba zawsze będzie kojarzony ze stworzenia rewelacyjnego „Ray of Light” dla Madonny właśnie. Artystka w zamian otrzymuje od niego świetne piosenki. No i nie można tu zapomnieć o M.I.I. oraz Nicki Minaj. Sama Madonna przyznała, że bardzo je lubi: Jestem fanką ich osiągnięć muzycznych, ponadto podziwiam ich niezależność, dusze, bezczelność, unikatowość, oryginalne wokale i to, że nie są konwencjonalnymi gwiazdami pop. Naprawdę je uwielbiam. Z Nicki Minaj nagrała utwór „I Don’t Give A”, a z M.I.Ą. „B-Day Song” (deluxe). Wszystkie trzy dziewczyny zebrały się też do jednej kupy i wydały singlowy numer „Give Me All Your Luvin’”. I to mi się podoba. Nie mówię tu nawet o samych piosenkach (które też są niezłe), ale o tym, że artystka nie boi się nowych ludzi grzebiących w jej muzyce. Dzięki temu na pewno nie pomylimy tej płyty z żadną inną od niej.
Wybaczcie, ale chciałbym chociażby jednym słówkiem skomentować każdy numer. Zaczyna się od „Girl Gone Wild”. Przy odpowiedniej promocji utwór z łatwością mógłby stać się imprezowym hitem. Poza tym jest powrotem do wspomnianego już wcześniej „Confessions on a Dance Floor”. Mówiony początek kojarzy mi się z tym do „Sorry”, a cała piosenka to nieco bardziej nowoczesna wersja „Get Together”. Mimo tego (a może dzięki temu?) bardzo mi się podoba i należy do najlepszych na krążku. Jeszcze lepsze jest „Gang Bang”. Na ocenzurowanej wersji płyty nie znajdziemy tego kawałka. Dobrze, że ja mam inne wydanie. Nie wyobrażam już sobie „MDNA” bez tej piosenki. Może i ten bit zalatuje trochę techno. Whatever. Ważne, że utwór wciąga i, hmm, hipnotyzuje. Uwielbiam szczególnie końcówkę (mocny wokal Madonny). Od razu spodobało mi się również „I’m Addicted”. Artystka nie ma innej, równie elektrycznej piosenki. Czy w ogóle coś trzeba jeszcze o nim pisać? Nie bardzo. Jednym się spodoba, inni będą tym rzygać. Nie brakuje tu też pozytywnych, radosnych piosenek (np. „Superstar”, „Turn Up the Radio”). I to mi się bardzo podoba. Ma kobieta z 53 lata, a energii więcej niż dwudziestki. W „Turn Up the Radio” po prostu się bawi. Tak jakby sama piosenka się nie liczyła. Jedynie sam proces jej tworzenia. I dzięki temu sama wychodzi dobra. „Superstar” to natomiast dość słodki numer. Niektórzy piszą, że najsłodszy od czasów „Cherish”. Trudno się nie zgodzić. Podobno w chórkach śpiewa jej córka. Really? Nie zauważyłem. „Give Me All Your Luvin’” (podobnie jak „I’m Addicted”) może się podobać lub nie. Na początku wręcz uwielbiałem ten numer. Teraz podoba mi się nieco mniej. Na pewno jednak zyskuje dzięki Nicki Minaj i M.I.I. Raperki wprowadziły do niej nieco świeżości. Bardzo mi się ich partie podobają. Nicki pojawiła się także w „I Don’t Give A”. Madonna powinna postawić na jej cześć ołtarzyk. Gdyby nie ona piosenka należałaby pewnie do najsłabszych. A tak jest tradycyjnie – podoba mi się. „I’m a Sinner” i „Some Girls” to po prostu fajne numery. Nie ma co się rozpisywać. Natomiast „Love Spent” od początku mnie ciekawiło. Zaczyna się chyba od melodyjki na banjo. Dalej robi się bardziej taneczne. Niezły kontrast. A jednak wszystko do siebie pasuje.
Warto jednak wspomnieć, że „MDNA” to nie tylko taneczne, klubowe kawałki. W takich, owszem, Madonna czuje się swobodnie, a my możemy potańczyć, ale znacznie lepiej wychodzą jej ballady. Zwykle zamieszczała na krążkach jedną, dwie. Tak jest i tutaj. „Masterpiece” to utwór nagrany do filmu „W.E.” (wyreżyserowanego przez samą artystkę). Została za niego nagrodzona Złotym Globem. Zasłużonym? Jak najbardziej. Mógłbym pisać i pisać jakie to „Masterpiece” jest wspaniałe i w ogóle. Po co? Kawałek najlepiej opisuje sam jego tytuł (PL: arcydzieło). Przed sięgnięciem po cały album bałem się, że nie znajdę tu piosenki, która byłaby choć w połowie tak dobra jak ta. A jednak! Druga ballada – „Falling Free” – to jeszcze większy ‚masterpiece’. Tak spokojnej, prostej, pięknej, stonowanej, prawdziwej, szczerej piosenki Madonna dawno nie wydała. Nie wiem czy w ogóle taka była. Może i wokalistka nie ma świetnego głosu, ale tu wypadła genialnie. Nawet nie zauważa się, kiedy te pięć minut ulatuje. Ale zawsze można odtworzyć znowu. I jeszcze raz, i tak w kółko…
Album zbiera skrajnie różne recenzje. Niektórzy już przy poprzedniej płycie pogrzebali artystkę, a „MDNA” jest dla nich tylko potwierdzeniem swojej decyzji. Innym ten album bardzo się podoba. Ja zaliczam się do tej grupy. Nie ma co – czego by się wokalistka nie dotknęła, zamienia się w złoto
Ocena:




+Najlepsze: Girl Gone Wild, Gang Bang, Masterpiece, Falling Free

Tytuł: lovestrong.
Wykonawca: Christina Perri
Gatunek: pop, soft rock
Single: Jar of Hearts, Arms, Distance
O Christinie zrobiło się głośno, gdy jej piosenka „Jar of Hearts” pojawiła się w jednym z odcinków „So You Think You Can Dance”, w czerwcu 2010 roku. Perri wykonała ją na żywo na zaproszenie producentów. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie fakt, że przyjaciółka Perri znała choreografa pracującego przy programie i zapoznała go wcześniej z kawałkiem. Dzięki prezentacji piosenki w programie sprzedaż singla w formie plików cyfrowych wzrosła do tego stopnia (100 tys. sztuk w ciągu miesiąca, w sumie ponad milion), że Christina pojawiła się w notowaniu „Billboardu”. Parę miesięcy później na swoich łamach magazyn „Rolling Stone” zaliczył ją do najciekawszych debiutantów. Droga do wielkiej kariery stanęła przed Perri otworem.
Żeby jednak nie było, że cały wstęp to tylko „kopiuj-wklej”. Ja Christinę Perri poznałem dzięki „Jar of Hearts” właśnie. Za pierwszym razem pomyślałem coś w stylu ‚hmm, ładne’. Nie zatrzymałem się jednak na dłużej. Gdy w końcu wokalistka wydała krążek, nie zamierzałem go ominąć. Miałem nadzieję, że pozostałe numery dorównają „Jar of Hearts” (wtedy już w pełni doceniłem ten kawałek). Po kilkukrotnym przesłuchaniu czuję spory niedosyt. Niestety połowa utworów z „lovestrong.” to zwykłe zapychacze.
Płyta zaczyna się od dwóch niezwykle ‚porywających’ piosenek „Bluebird” i „Arms”. Myślałem, że usnę. Nie mają w sobie nic ciekawego, czegoś co przyciągnęłoby moją uwagę. Przy czym wydaje mi się, że są niemal identyczne. Jedyne co je odróżnia to początek. „Bluebird” ma bardziej charakterystyczny. Niestety, podobnych utworów na „lovestrong.” jest znacznie więcej. Wiele piosenek wysiada po jednej czy dwóch minutach. Nawet te nieco szybsze momenty („Bang Bang Bang”, „Mine”) nie wynagradzają mi ziewania przy balladach. Takim wyjątkiem jest tylko „Jar of Hearts”. Szczególnie uwielbiam początek tego numeru. Magiczny: No, I can’t take one more step towards you ‚Cause all that’s waiting is regret Don’t you know I’m not your ghost anymore You lost the love I loved the most (PL: Nie, nie mogę wykonać kolejnego kroku w twoją stronę Bo wszystko co czeka, jest żałosne Czy nie wiesz, że nie jestem już twoim duchem Straciłeś miłość, którą kochałam najbardziej). Żaden inny kawałek z tego albumu nie zrobił na mnie chociaż w połowie tak dużego wrażenia jak „Jar of Hearts” właśnie.
I tu mnie Christina zawiodła. Po świetnym pierwszym singlu spodziewałem się równie spektakularnej reszty płyty. A tu flop. Mam jednak nadzieję, że wokalistka tak łatwo się nie podda. Całkiem dobrze wypadła też w „Mine”. Piosenka może nie jest tak piękna jak „Jar of Hearts”, ale bardzo dobrze sprawdza się w roli pobudki po nudnych balladach. Żywa muzyka, niezły wokal Perri. W tym kierunku (moim zdaniem) powinna się udać. Ale znów – co za dużo, to niezdrowo. Oprócz tej jest tu co prawda kilka innych żywych numerów, ale tylko „Mine” przyciągnęło mnie na dłużej.
Nad pozostałymi piosenkami nawet nie warto się rozwodzić. Są jakieś takie nijakie, mało interesujące. Jeszcze tylko może napiszę coś o „Interlude”. Często taki przerywnik ma służyć oddzieleniu dwóch zupełnie innych części płyty. Czasem to po prostu ładny ‚dopełniacz’. Tutaj pojawia się ni stąd, ni zowąd pomiędzy innymi numerami. Jeśli się dokładniej nie przyjrzeć, to można nawet przegapić te kilkadziesiąt sekund. Moim zdaniem wepchnęli to, żeby w ogóle było. Błąd. Za to w międzyczasie wpadłem na plus, o którym mogę napisać. Krążek „lovestrong.” + mój podręcznik do historii = murowana drzemka. A mylić raczej się nie mylę. W końcu jestem dobry z matmy
Teksty (jak można się domyśleć już z przytoczonego fragmentu „Jar of Hearts”) są o nieszczęśliwej miłości. O ile dobrze wiem, przed wydaniem płyty artystka rozstała się z mężem. Z pewnością dużo ją to kosztowało. Swoje uczucia przelała w papier. Jeden z numerów nawet nazwała ‚smutna piosenka’. Jakieś drugie dno? Nie ma. Ogólnie teksty nie są arcydziełami, ale nie są też złe. Najbardziej podoba mi się „Jar of Hearts”. Nie ma co – numer niemal idealny.
Christinie Perri chyba zależało na stworzeniu naturalnej, ładnej płyty. Udało jej się więc osiągnąć to, co chciała. Szkoda tylko, że sam materiał, który się tu znalazł lepiej sprawdzi się jako ‚pościelówka’ niż jakaś konkretna, porządna płyta. Oczywiście są czarujące momenty („Jar of Hearts”, „Mine”). Pozostałych numerów zupełnie nie pamiętam. Mimo tego życzę artystce jak najlepiej. Przynajmniej ona tworzy niekomercyjną muzykę, taką jak sama chce. Oby więcej takich debiutów. A samej Christinie przydałoby się więcej odwagi i… jar of heartsów
Ocena:



Najlepsze: Jar of Hearts, Mine
Najgorsze: Penguin, Sad Song
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz