Miło było dla Was pisać...

sobota, 24 listopada 2012

"Nothing But the Beat" David Guetta

 



Tytuł: Nothing But the Beat
Wykonawca: David Guetta
Rok wydania: 2011
Gatunek: dance, house
Single: Where Them Girls At, Little Bad Girl, Turn Me On, Titanium, I Can Only Imagine, Without You







Kim jest David Guetta, chyba wszyscy już wiemy. Nie? Włączcie sobie byle jaką stancję typu ViVa czy Eska. Co słyszycie? Muzykę imprezową, prawda? Otóż Dawidzik na 70% stworzył słuchaną przez Was piosenkę. Kiedyś był Timbaland, później RedOne, teraz on produkuje wiele numerów trafiających na listy przebojów. Gdzie ta muzyka zaszła… Choć DJ zadebiutował już na początku stulecia, to głośno zrobiło się o nim dopiero po wydaniu albumu „One Love” (2009). Dziś ma już wielu fanów, którzy tylko czekają na kolejne klubowe hiciorki.


Muszę przyznać, że poprzedni krążek był dla mnie przekroczeniem granicy dobrego smaku. Weźmy pod lupę chociażby numery takie jak „On the Dancefloor” czy „Sexy Bitch”. Koszmarne kawałki nadające się jedynie do względnie dobrej zabawy. Na pewno nie jest to rozrywka na wysokim poziomie. Posłuchajmy jednak „Nothing But the Beat”. Na pierwszy rzut oka możemy wychwycić pewną zmianę. Na poprzednim albumie sporo kolaboracji z mniej znanymi wokalistami / wokalistkami. Tutaj z kolei mamy samą 'śmietankę'. Jeśli chodzi oczywiście o komercyjną, taneczną muzykę. Pojawia się bowiem mój wróg publiczny numer jeden – will.i.am, a oprócz  niego także Timbaland, Dev czy Usher. Znajdziemy tu również współprace z m.in. schodzącą na złe muzycznie tory Jessie J, posiadającą piękny, mocny wokal Jennifer Hudson oraz kojarzonym do tej pory głównie z hip hopem Snoop Doggiem.


Zacznę może od piosenek, które całkiem przypadły mi do gustu. Zaliczyć do nich można przede wszystkim „Where Them Girls At”. Piosenka kojarzy mi się z wakacjami. Jest bardzo taneczna, posiada fajne bity. Dodatkowo urozmaicają ją Flo Rida i Nicki Minaj. Ten pierwszy zajął się ostatnio muzyką imprezową. O ile jeszcze „Club Can't Handle Me” całkiem mi się podoba, o tyle innych jego numerów nie trawię. „Where Them Girls At” nieco polepsza moją opinię o nim. Nicki wypadła super. Można mówić o niej wiele rzeczy, ale trzeba przyznać, że ma dystans do siebie za co duży plus. Jedyne co mi się nie podoba to śpiewane przez nią wielokrotnie hey hey hey hey… Do znudzenia. Miało być śmieszne, ciekawe, wyszło raczej ciężkostrawne. Guetta powinien jednak postawić na cześć wokalistki ołtarzyk. Pojawiła się jeszcze w jednym kawałku na „Nothing But the Beat” – „Turn Me On”. Muzycznie nie odbiega zbyt bardzo od pozostałych prezentowanych nam na płycie. Zyskuje jednak dzięki gościnnemu udziałowi Minaj. Nadała kawałkowi charakteru. W przeciwieństwie do tego nieszczęsnego hey hey, tutaj jej partia naprawdę wywołuje uśmiech na twarzy.


Lubię także „I Can Only Imagine”, w którym pojawiają się Chris Brown i Lil Wayne. Znany głównie z pobicia Rihanny wokalista wiele do piosenki nie wniósł. Brzmi tak jak w każdej innej. Na szczęście Lil Wayne wypadł dużo lepiej. Nawet tą nieco kiczowatą muzykę da się znieść. Ważne, że łatwo wpada w ucho i nie wywołuje bólu głowy. Ostatnim numerem, który może od czasu do czasu sobie zapuszczę jest „Crank It Up”. Szczególnie lubię refren, w którym Akon naprzemiennie z chórkiem nawołuje Crank It Up! What?. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek coś takiego napiszę, ale całość psuje fragment zagrany na… pianinie. Jedyny 'żywy' instrument skrytykowany? Już mówię o co chodzi. Wokalista wypadł w tym fragmencie po prostu koszmarnie. Nie podoba mi się jego wokal. Podobne zdanie mam zresztą o „Without You”. Całkiem przyjemna, elektryczna melodia w połączeniu z głosem Ushera nie brzmi dobrze. Nienawidzę fragmentów, w których wokalista śpiewa takim cienkim, wysokim głosem. Jaja mu urwało?


Na tym jednak kończy się lista piosenek, które mają jakiś tam potencjał. Pozostałe… Sami możecie sobie dopowiedzieć, jakie są. Za nic nie podoba mi się singlowy (za co mam ochotę Davida zadźgać) numer pt. „Titanium”. Prawdopodobnie nie kojarzycie pojawiającej się w nim artystki o pseudonimie Sia. W swojej karierze nagrała kilka naprawdę dobrych płyt, pracowała nad balladami takimi jak „You Lost Me” czy „Blank Page” dla Christiny Aguilery, a teraz marnuje się w imprezowych utworach. W mieszance house i dance nie wypada dobrze. Było już „Wild Ones” z Flo Ridą. „Titanium” to numer jeszcze gorszy. Jak ona mogła się na coś takiego zgodzić? Nie lubię również „Night of Your Life”. W piosence pojawia się Jennifer Hudson. Jenny, coś ty ze sobą zrobiła?! Wokalistka, a zarazem aktorka, ma naprawdę wielki talent. Utworami takimi jak „And I Am Telling You I'm Not Going” czy „One Night Only” udowodniła przecież, że może być stawiana obok Whitney Houston [*] czy Marii Carey. „Night of Your Life” to milowy krok w tył. Hudson brzmi bardzo dobrze. Cóż mi z tego, skoro sama muzyka jest tak tragiczna? Strasznie bałem się jeszcze numeru nagranego z Jessie J. Brytyjka już wcześniej spotkała się z Guettą w studiu. Tak powstało słabe „LaserLight”. Artystka nie postanowiła jednak odpuścić i tak powstało kolejne 'dzieło' tych dwojga – kawałek „Repeat”. Komentować go chyba nawet nie muszę. Sam tytuł (PL: powtarzać) mówi nam, czego się spodziewać. Piosenka nic nowego nie wnosi. To po prostu powielony, kolejny raz, znany nam już dobrze patent. Aż szkoda mówić, że te utwory i tak wypadają dobrze w porównaniu do „Nothing Really Matters” (ft. will.i.am.) i „I Just Wanna F.” (ft. Timbaland & Dev). Ich nawet nie opłaca się komentować…

A teraz moja ulubiona część płyt takich jak ta – teksty. Wiadomo, że opowiadają o światowych problemach, wojnach itp. No proszę Was. Może i ta muzyka ma służyć głównie dobrej zabawie, ale jednak słuchacz płaci za coś więcej niż In this club Nothing really matters But the beat (PL: W tym klubie Nic więcej się nie liczy Tylko bit). Mógłbym wskazać wiele takich (i gorszych) cytatów. Pod tym względem płyta jest bardzo równa…


Pewnie zaskoczy Was to, co zaraz napiszę, ale płyta „Nothing But the Beat” zrobiła na mnie lepsze wrażenie niż się spodziewałem. Bo czego po czymś takim oczekiwać? Myślałem, że Guetta znów stworzył kolejną płytkę z serii 'przesłuchaj i zapomnij', która zostawi po sobie tylko jeden ślad – ból głowy. Tak się na szczęście nie stało. Parę piosenek ma naprawdę spory potencjał („I Can Only Imagine”, „Turn Me On”). Uważam nawet, że nie bez powodu stały się hitami. Pozostałe jednak nie bardzo mi się podobają. To wciąż nie jest to. Stawiam jednak ocenę dopuszczającą, bo krążek podoba mi się dużo bardziej niż poprzedni.

Ocena: 2/6
Najlepsze: Where Them Girls At, I Can Only Imagine, Turn Me On
Najgorsze: Titanium, Nothing Really Matters, I Just Wanna F., Sweat, Repeat

6 komentarzy:

  1. nie byłem aż tak łaskawy dla tej płyty. miałeś do czynienia z reedycją krążka?

    OdpowiedzUsuń
  2. czerwień az bije po oczach ;) Myślałam, że trochę skrócisz wysokośc nagłówka.
    David Guetta... tylko czekam, aż zaproponuje współpracę Adele czy Norze Jones ;P

    Zapraszam na the-rockferry.blog.onet.pl, gdzie znajdziesz recenzje najnowszej płyty Rihanny „Unapologetic”.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mi ogólnie podoba się ta płyta, te hity, które wspomniałaś są super, ale lubię też pozostałe utwory np. The Future czy Lunar. Ogólnie lubię bardzo muzę house, więc Nothing but the beat bardzo przypadło mi do gustu, nawet mam tę płytę i często ją przesłuchuję od początku do końca.

    OdpowiedzUsuń
  4. David Guetta jest swietny i akurat ta plyta jest rewelacyjna lista-przebojow.bloog.pl ps fajny wyglad

    OdpowiedzUsuń
  5. Płyty w całości nigdy nie słyszałam ;P

    OdpowiedzUsuń
  6. Twoja recenzja mnie rozbawiła. Najpierw komentarz o Twoim wrogu publicznym numer 1, a potem tekst; "Jaja mu urwało?" hahahaha :D
    Po płytę nie zamierzam sięgać. Już dawno minęły czasy, kiedy lubiłam Davida. I to było przed jego krążkiem z 2009 roku...

    OdpowiedzUsuń