|
Tytuł: Spirit Wykonawca: Leona Lewis Rok wydania: 2007 Gatunek: pop, r&b, soul
Wytwórnia: Sony BMG (Polska)
Ilość utworów: 13
Single: Bleeding Love, Better in Time, I Will Be, Footprints in the Sand
|
Może i Leona Lewis nie jest jedną z moich ulubionych
wokalistek od początku kariery, ale na pewno od jej drugiego albumu
„Echo”. Postanowiłem zapoznać się z jej pierwszym albumem studyjnym –
„Spirit”. I to był strzał w dziesiątkę. Debiut tej jekże utalentowanej
artystki jest utrzymany w stylu, który z założenia do niej pasuje. Pop i
soul. Często pojawia się i r&b. Choć krążek nie od początku mi się
podobał. Otwiera do singiel „Bleeding Love”. Kiedyś go nie cierpiałem.
Teraz uwielbiam. Opowiada on prawdziwą historię o miłości Leony. „Closed
off from love, I didn’t need the pain, once or twice was enough and it
was all in vain; time starts to pass, before you know it you’re frozen”
(PL. Odcięłam się od miłości, nie potrzebowałam tego bólu. Pierwszy
raz, drugi były wystarczające i to wszystko było na próżno; czas
przeminie, zanim zdasz sobie sprawę że jesteś zamarznięty.) Cały tekst
jest świetny. Dalej mamy „Whatever It Takes”. Zdecydowanie jeden z
najbardziej skocznych utworów w karierze wokalistki. Nieco zabawny.
Ogólnie bardzo dobry. Choć kiedyś traktowałem go bardziej jako dodatek
do albumu, tak teraz uważam, że to jeden z najlepszych utworów. A z
numerem 3 ballada „Homeless”. Wstyd mi się przyznać, ale jest to jedyna
piosenka, na którą poświęciłem chwilę uwagi przy przesłuchiwaniu płyty
po raz pierwszy. Wielki błąd. Ale ballada świetna. Leona pokazuje w
niej, że jej głos ma jednak wielką siłę. A to nie jedyna ballada na
albumie. „I Will Be”, „Here I Am”, „The First Time Ever I Saw Your Face”
czy „Footprints in the Sand” są równie spokojne. Moim faworytem, nie
tylko z utworów spokojnych, ale ze wszystkich, jest zdecydowanie cover
„I Will Be”. Bo o ile wersja Avril Lavigne średnio mi pasuje, tak ta
jest wręcz genialna. A te spokojne utwory panna Lewis przeplotła z
szybszymi. Nie nudzimy się. A do grona tych szybszych z pewnością można
zaliczyć „Angel”, „Yesterday” czy „The Best You Never Had”. Oprócz tego
warto zwrócić uwagę na „I’m You”. Zawiera trochę arabskich rytmów.
Podsumowując, Leona, jak na debiutantkę, poradziła sobie wręcz
rewelacyjnie. Bo choć tylko niektóre piosenki wchodzą w pamięć, to są
one (wszystkie) wręcz uzależniające.
Ocena: 





Najlepsze: I’m You, Homeless, I Will Be, Footprints In The Sand, Take a Bow
Najgorsze: -
|
|
Tytuł: The diary of Alicia Keys Wykonawca: Alicia Keys Rok wydania: 2003 Gatunek: soul, r&b, jazz
Wytwórnia: J Records
Ilość utworów: 16
Single: You don’t know my name, Karma, Diary, If I ain’t got you
|
Debiutancki album Alicii Keys („Songs in A minor”)
okazał się sporym sukcesem. 12 milionów sprzedanych egzemplarzy, 5
nagród Grammy. A poprzeczkę Keys postawiła sobie naprawdę wysoko.
Albumem „The diary of…” udało się jej jeszcze ją podnieść. Wiem co
mówię. Posłuchałem i jestem po prostu oczarowany. Od początku do końca
wokal Alicii i jej samodzielnie napisane i zagrane kompozycje budują
nastrój. Krążek rozpoczyna się niezwykle tajemniczo i nieco mrocznie.
„Harlem’s Nocturne” skojarzył mi się nieco z utworem „Lacrymosa” od
zespołu Evanescence. Dalej mamy szybki utwór „Karma”. Urzekł mnie od
początku do samego końca. Na całej płycie całkiem sporo żywszych,
niemalże tanecznych utworów. Przede wszystkim świetne „If I Was Your
Woman (Walk On By)”, jeszcze lepsze „Samsonite Man”, również utrzymujące
poziom „Dragon Days” czy niezbyt udane „Streets of New York”. A te
szybsze utwory przeplatane są z tymi wolniejszymi. Nie nudzimy się. Moją
ulubioną balladą jest „Diary (featuring Toni! Tony! Tone!)”. Jest taka
przyjemna, kojąca. Świetna. Innymi spokojnym utworem jest singiel „You
Don’t Know My Name”, który jednak najmniej mi przypasował. Całkiem
podoba mi się singlowe „If I Ain’t Got You”. To właśnie ten utwór
zachęcił mnie do przesłuchania całego krążka. On sam jest przygotowaniem
na zmianę w stylu wokalistki. Na debiucie grała głównie r&b, urban
pop z elementami hip hop soulu, a tu dominuje soul i jazz. Artystka
dojrzała. To widać. A podsumować mogę moją recenzję w jednym zdaniu:
jeśli lubisz muzykę na wyższym poziomie niż teraz reprezentuje sobą m.
in. Ke$ha, to album „The Diary of Alicia Keys” szybko musi trafić do
Twojej domowej kolekcji.
Ocena: 





Najlepsze: When You Really Love Someone, Dragon Days, So Simple, Karma
Najgorsze: Nobody not Really
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz